"Gdyby nie zgodził się na współpracę, nie byłoby Ryszarda Kapuścińskiego" - takie coś można przeczytać w nowym newsweeku. 

Wydaje się to być oczywista kontynuacja nowej linii antylustracyjnej polegającej na ośmieszaniu i umniejszaniu problemu.

Dla mnie tak jest choć nie do końca. Pamiętamy zabawny, sympatyczny wywiada pana Piwowskiego i SBeka o groteskowości całej tej współpracy. Powinniśmy mimo to jednak pamiętać, że ta współpraca w większości wypadków była może nie śmieszna ale raczej nijaka. Dla SB kalkulowało się bardziej mieć więcej byle jakich TW dających właściwie nieistotne albo mało istotne informacje(tak naprawdę to trudno jakąkolwiek informację uznać z pewnością za nieistotną) a mieć wielu ludzi(szczególnie księży i przedstawicieli inteligencji) po swojej stronie. 

Tu gra polegała nie na dokładnym rozpracowaniu wszystkich niepoprawnie myślących, ale na skorumpowaniu jak największej liczby ludzi(szczególnie potencjalnie groźnych z powodu autorytetu). Dlatego przeważnie nie oczekiwano "ciężkich donosów" bo niewielu TW było wstanie złamać sobie kręgosłup moralny, co innego to nagiąć i robić z SB takie nieznaczące byle co.

W tym miejscu powinniśmy sobie zadać pytanie- Co ja bym zrobił?

Moje doświadczenie wskazuje, że pokaźna grupa ludzi będąc w kraju zwanym najweselszym barakiem komunistycznym, wcale nie takim wesołym a perspektywa wyjazdu za granice za cenę opowiedzenie jakiś pierdół wydaje się niezwykle kusząca. 

Przechodząc do pana Kapuścińskiego to przypuszczalnie żaden straszny donosiciel tylko człowiek zwyczajny (więc znowu nie jakiś autorytet moralny)W większości przypadków donosicielstwo to PRl-owskie to w sumie niewielki grzeszek, choć szukanie usprawiedliwienia w dorobku literackim jest niemoralne.